23.06 przyjęli go na odział ratunkowy w szpitalu - pewnie zadziałała prywatna wizyta u neurochirurga, pracownika owego szpitala, zrobili tomograf. Wyszło "coś", nie potrafiono określi,co konkretnie, bo sprzęt stary i wyszło do bani. Tata wylądował w łóżku z mannitolem. Kilka dni później miał rezonans strukturalny i funkcjonalny. Na wyniki czekaliśmy 2 tygodnie, bo lekarz ZAPOMNIAŁ zrobić opis rezonansu funkcjonalnego....Gdyby nie to, że chodziłam z mamą upierdliwie za lekarzem, to byśmy chyba dostali wyniki za pół roku...A były potrzebne do operacji. Jedną nam przełożyli, druga się odbyła 13.07. Z rezonansu wynikało, że guz jest otorbiony, rozmiarów małej mandarynki. Myśleliśmy, nie jest źle. Lekarz też był, nazwijmy to, zadowolony.
Tuż po operacji (awaked surgery, czyli tatę wybudzali w trakcie) poinformowano nas, że:
a) guz usunięto w całości,
b) guz po otworzeniu czaszki eksplodował!
c) właściwie to nie usunęli całego....
Przekazano wycinek do hitopatologii - za dwa tygodnie wynik. W międzyczasie tata doświadczał na oddziale w szpitalu Barlickiego w Łodzi "troski" ze strony personelu, objawiającej się min., ignorowaniem sygnału przyzywającego pielęgniarki w nocy, "miłymi" zachętami do skorzystania z toalety, bo "przecież pan mózgu nie wysra" - cytat dosłowny, niepodawaniem środków przeciwbólowych, bo "pana to aż tak nie boli" - kupiliśmy więc ibuprom, zmuszanie do korzystania kilka razy z tej samej jednorazowej kaczki papierowej - tata leżał po operacji dwa dni, pacjenci z jego sali również, więc nie miał kto przynieść, a salowym się nie chciało... i tak dalej...
Jeden był pielęgniarz miły i sympatyczny, przychodził pogadać. Pewnie student....
Histopatologia wykazała glejaka wielopostaciowego... Tatę wypisano do domu z toną leków, sterydami, przeciwpadaczkowymi, osłonowymi, etc. Postaraliśmy się o badanie PET w Bydgoszczy, jedziemy na początku sierpnia. Tata został zakwalifikowany do radioterapii i leczenia temodalem. Radioterapia ma być jakaś niestandardowa, sterowana, promienie x - tak lekarz tłumaczył. Poza tym ośrodek dostał kasę na jakiś program i tata się załapał, przypuszczam, że gdyby nie to, to z racji wieku by go olali...
Leży sobie teraz w domu, słaby, przesypia całe dnie, nie chce jeść, mówi z trudem, nie może czytać, nie pisze, ma lekki niedowład prawej ręki. Lekarz zwiększył dawkę sterydów, ma być po nich nieco żwawszy...Nie jest.
Czytam mu gazety, poprawiam poduszki.
Nie mam sił patrzeć na to wszystko (wracam do siebie i ryczę w łazience, narzeczony jest ze mną, podtrzymuje mnie na duchu, ale...). Sprawny człowiek, skaczący jak sarenka po górach... Przy nim i mamie udaję, że , jak to na tym forum ktoś napisał "rak, czy grypa, co za różnica" i tata faktycznie uśmiecha się, żartuje.
Mama jest słaba psychicznie, ja muszę nadrabiać za nas obie, przecież tata nie może patrzeć całe dnie na dwie rozhisteryzowane baby.
W przyszłym roku w czerwcu wychodzę za mąż. Mama desperacko się tego ślubu trzyma, mówi o zaproszeniach, sukni.... Lekarz nie ukrywa, że najpewniej trzeba będzie przełożyć...
